Po co?

Pytanie stare jak alpinizm. Gdyby rzeczywiście w życiu chodziło o to, żeby było miło, łatwo i przyjemnie nikt nie pchałby się w góry. Oczywiście nie mam na myśli urokliwych wędrówek spacerowych dla podziwiania widoków zapierających dech. Jeżeli pojawia się kwestia sensowności górskiego działania to zawsze w kontekście takiego jego rodzaju, które związane jest z cierpieniem, trudem, ryzykiem utraty zdrowia lub życia. George Mallory ponad sto lat temu odpowiedział na to pytanie pozornie najprościej jak się da: bo są. Wskazał na to niezwykłe coś, które istnieje na zewnątrz nas, które nas przerasta i kusi samym swoim byciem. Coś, czemu nie sposób się oprzeć. Ale przecież góry SĄ od zarania dziejów. A era ich podboju to zaledwie ostatnie kilkaset lat. Za początek alpinizmu najczęściej uważa się 8 sierpnia 1786 r., datę zdobycia Mont Blanc przez M. Packarda i J. Balmata, albo – rzadziej - rok 1492, kiedy to z rozkazu króla Karola VIII kapitan Antoine de Ville wraz ze sporą ekipą stolarzy, kamieniarzy, tragarzy oraz przedstawicielem władzy kościelnej, dzięki licznym drabinom i hakom, wyszli na Mont Aiguille. Osobiście optowałabym raczej za rokiem 1786 - bo nawet jeśli pojedyncze wyjścia o charakterze eksploracyjnym miały miejsce wcześniej to dopiero zdobycie Mont Blanc zainicjowało nową, obserwowalną powszechnie tendencję.

                Człowiek od zawsze podchodził do górskich masywów z respektem. W starożytności wybitne wzniesienia uważane były za siedzibę bogów. Przywilej wychodzenia na nie mieli kapłani. Wysoko położone przełęcze trawersowały wojska – czyniąc to jedynie z logistycznej konieczności, a nie z nakazu wewnętrznego, który gnał ich na szczyty. Samotne góry okupowały czarownice, organizując tam sabaty. Jeszcze w czasach renesansu lodowcowe masywy alpejskie zamieszkiwały ciemne moce i demony. Za wyjątkiem myśliwych i poszukiwaczy kryształów nikt się tam nie zapuszczał, bo i po co. Tak zwana większość nie śmiała nawet pomyśleć o zdobywaniu wysokich gór jedynie z tego powodu, że są. Ludzkość prawdopodobnie musiała do tego dorosnąć. Podbój szczytów ruszył pełną parą w kluczowym momencie historii nauki: gdy świadomość ludzka sama wspięła się na wyżyny. Stało się to w Oświeceniu, zwanym epoką rozumu. Za sprawą Immanuela Kanta w filozofii dokonał się wtedy słynny przewrót kopernikański, który uderzył w podstawy nauki. Postrzeganie świata się zmieniło. Człowiek zdał sobie sprawę, że to, co postrzega jest uwarunkowane przez jego zmysły. Świat przestał być całkowicie niezależny od obserwatora. Pięć lat po wydaniu Kantowskiej Krytyki Czystego Rozumu na wierzchołku Mont Blanc po raz pierwszy pojawiają się ludzie. Dziwny zbieg okoliczności, dwa kamienie milowe w historii nauki i historii alpinizmu datowane są na ten sam czas. Wraz z uprawomocnieniem przekonania o twórczych możliwościach ludzkiego rozumu, który w jakimś stopniu formuje obserwowany świat, skrystalizowała się zupełnie nowa idea: zdobywania gór dla nich samych. Czy to rzeczywiście tylko przypadek, czy też może konsekwencja rozwoju ludzkiej myśli? Ewolucja świadomości nabiera rozpędu. Pragmatyzm przestaje być główną siłą napędową rozwoju zachodniej cywilizacji, a korzyść materialna jedynym paliwem podsycającym ogień woli. Krzysztof Kolumb szukał krótszej drogi do Indii, a przez przypadek znalazł Amerykę. Czego szukają zdobywcy wysokich gór? Przecież nie złota, cynamonu, ani herbaty… Rodzą się niezliczone idealistyczne cele, padają kolejne szczyty. Masy w dolinach i na nizinach pytają: po co podejmować takie ryzyko? A alpiniści próbują zracjonalizować tę potrzebę, która nie przynosi zysków, tylko materialne straty, która drzemie w ich sercach i skłania do dużych, czasem największych poświęceń…

Potem nadchodzi wiek XX, pojawia się wiele nowych idei, rozwijają się nowe gałęzie nauki – między innymi psychiatria. Jej wybitny przedstawiciel Karl Jaspers formułuje na polu filozofii oryginalne koncepcje sytuacji granicznych i ich wpływu na rozwój świadomości.

Na pytanie o sensowność zdobywania gór można odpowiadać rozmaicie, ale może to właśnie Jaspers dotyka sedna. Sytuacje graniczne, czyli różne formy śmierci, cierpienia, walki i winy - według Jaspersa to nie jest tylko i wyłącznie dopust Boży. Bywa, że sami ich szukamy, idziemy na spotkanie przygody, sami wchodzimy w taką właśnie sytuację, dzięki której dowiemy się o sobie czegoś więcej, która umożliwi żywe doświadczenie swojej własnej istoty. Wychodzimy na zewnątrz nas, w nieznane, w góry wysokie, w mrok i zimno,  by wejść jeszcze głębiej w siebie i by tam odnaleźć pełniejsze, bardziej rozwinięte Ja. „Człowiek jest zawsze czymś więcej niż tym, co o sobie wie” mówi Jaspers.

Modlimy się o życie bez cierpienia, o życie spokojnie. Jednak w góry często ciągnie nas potrzeba przeciwna. Gdy po operacji kręgosłupa pierwszy raz poszłam się wspinać myślałam: po co mi to, przecież już jest fantastycznie - mogę normalnie chodzić, nic mnie nie boli. Cóż, kiedy zwykłe wyjścia w góry jakoś przestały wystarczać. I znów jestem w ścianie, wiszę na tych słabych rękach nad przepaścią, znów się boję i przeklinam sama siebie, że niepotrzebnie ryzykuję. PO CO? Ale kiedy na tym moim mini Evereście (bo „każdemu jego Everest”) poczułam charakterystyczny dreszcz, a potem jakby chybotanie percepcji, choć może był to zwykły wyrzut adrenaliny - doświadczyłam pełni. Trudno ubrać to w słowa. To jak wejście w wymiar pośredni pomiędzy codziennością a jakimś nadświatem, w którym wrażenia zmysłowe są lepszej jakości, a myśl krystalicznie czysta.  Ten stan trwał chwilę zaledwie i to wystarczyło, by pojawiły się euforia, entuzjazm, silna motywacja do działania. Percepcja ludzka jest jak łódź, która przy wysokiej fali staje dęba, odkleja się od rzeczywistości. To odklejenie jest początkiem nowego typu doświadczenia. Umysł staje się bardziej subtelny, wrażliwy, zaczyna odbierać sygnały nadawane na wyższych częstotliwościach. Czasem dopiero taki moment umożliwia pełne przeżywanie siebie. Gdy się z powrotem ta percepcja z rzeczywistością sklei przez powstałą bliznę przenika jakby więcej światła. Zaczynasz patrzeć na rzeczy „oczyma początkującego”, wrażenia są świeże, żywe, a ty sam stajesz się jak dziecko, które odkrywa świat.

„Właśnie wtedy stajemy się sami sobą, gdy z otwartymi oczyma wkraczamy w sytuacje graniczne. One stają się wyczuwalne jako coś rzeczywistego jedynie dla egzystencji; wiedza natomiast może je poznać jedynie powierzchownie. Przeżywać sytuacje graniczne i egzystować to jedno i to samo (…) jest to wzlot bytu we mnie.” Dla Jaspersa można albo zwyczajnie istnieć i - co najwyżej - posiadać teoretyczną wiedzę na temat egzystencji albo egzystować, to pełniejsza forma życia. Proces stawania się egzystencją zawsze ma charakter przeskoku, przekraczania: trudności zewnętrznych, siebie, swoich ograniczeń. A góry, jako generatory sytuacji granicznych, są środkiem umożliwiającym samopoznanie. I może właśnie o to chodzi w ich zdobywaniu. O to przekraczanie. O transformację. O to, aby być bardziej.

Izabela Gronowska